Biblia w sztuce
Biblia od wieków stanowiła niewyczerpane źródło inspiracji dla artystów,
choć zmieniał się sposób jej interpretowania i ukazywania zawartych treści.
Mogła się o tym przekonać klasa Ic, która odbyła wraz z wychowawczynią, p.
prof. Błachowicz, lekcję w Muzeum Narodowym zatytułowaną "Biblia w sztuce".
Na początku zajęć próbowaliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie,
kiedy najwcześniej w sztuce zaczęły pojawiać się tematy biblijne.
Dla nikogo nie była zaskoczeniem odpowiedź, że miało to miejsce
już w czasach wczesnochrześcijańskich. Warto jednak dodać, że
pierwszych tego rodzaju zabytków dostarczają przede wszystkim
malowidła w rzymskich katakumbach, takie jak np. freski, na
których dostrzec można było pojedyncze sceny ze Starego i Nowego Testamentu.
Nie jest to tak zadziwiające, gdy przyjrzymy się przełomowi wieku III i IV
pod kątem wydarzeń historycznych. Właśnie na to pani przewodnik zwróciła nam
uwagę. Wiek III był bowiem okresem prześladowań, bynajmniej nie sprzyjających
rozwojowi sztuki, które ukróciło dopiero wydanie edyktu mediolańskiego w 313
roku, pozwalającego chrześcijanom na wyznawanie religii bez przeszkód.
Wraz z jego wprowadzeniem miała szansę rozwinąć się architektura chrześcijańska.
Wcześniej gromadzono się w niewielkich domach prywatnych, później zastąpione
zostały one bazylikami, przejętymi od Rzymian, u których pełniły funkcję budynków
handlowo-sądowych. Wnętrza zdobione były malowidłami o symbolicznym charakterze.
Patrząc na makietę ruin katedry z Faras mogliśmy sobie wyobrazić ściany tej
świątyni, złocące się w pełnym blasku na błękitnym tle nieba.
Następnym etapem naszej "podróży" było przyjrzenie się sztuce średniowiecznej
i gotyckiej. Zostaliśmy zaznajomieni z podstawami technik tworzenia retabulów.
Po przejściu do specjalnej sali mogliśmy na własne oczy podziwiać pentaptyk z Hamburga, czyli tzw. ołtarz szafiasty. Jego centralną część stanowiła otwarta,
drewniana skrzynia z ustawionymi figurami świętych. Do jej krawędzi przymocowane
były skrzydła, podzielone na kwatery, ozdobione płaskorzeźbami o narracyjnym charakterze.
Wspólnie analizowaliśmy ich treść, co okazało się zadaniem nad wyraz ciekawym.
Interpretacja poszczególnych kwater, począwszy od tej przedstawiającej rodowód
Jezusa, po obraz Marii, przeszytej symbolicznymi mieczami boleści, stanowiła
pewne wyzwanie, któremu jednak podołaliśmy. Wśród najbardziej znanych ołtarzy
szafiastych wymieniony został także Ołtarz Wita Stwosza w Krakowie. Pełniły
one rolę Biblii pauperum - "Biblii dla ubogich" - to właśnie dzięki nim wierni,
którzy nie potrafili czytać (a takich w średniowieczu nie brakowało) mogli poznać treść Pisma Świętego
Inny charakter miała ostatnia część wystawy. Stanowiły ją bowiem rysunki i ryciny
samego Rembrandta. Spod jego ręki wyszła ogromna ilość szkiców. Jeden z najbardziej
obszernych katalogów dzieł twórcy, autorstwa Otto Benescha, zawiera ich blisko 1400.
Całkowity dorobek holenderskiego malarza szacuje się natomiast na około 2000 rysunków.
Chociaż wiele z nich przypisuje się uczniom Rembrandta, to i tak daje to szansę
dokładnej analizy rozwoju talentu mistrza. Jak to określił historyk sztuki Max
Friedländer, rysunki były dla artysty "rozmową z samym sobą". Poprzez szkic mógł
zaplanować projekt swojej pracy. Rozwiązania zastosowane w rysunku często później
wykorzystywał w obrazach
Pokazany nam cykl narracyjny o Matce Bożej stanowił niebanalny widok dla oczu.
Cytując profesora Jana Białostockiego, można powiedzieć, że "sztuka ta jest
cenniejsza niż złoto" i drogie kamienie. Bóg zawsze był, a mimo to ludzie sądzili,
że trzeba Go nadal szukać, ponieważ trudno im się było pogodzić z tym, że życie
jest aktem wiary.
Dlatego właśnie obrazy, rzeźby niosły dla nich ze sobą pewien wzór zachowań,
który powinni naśladować. Każda kropla krwi musiała drgać w prostym człowieku
na widok Matki Boskiej. Prawdopodobnie zapominał on wtedy o własnym zdumieniu
w obliczu niepojętych rzeczy, o jakich słyszał w kazaniu i widział przed sobą
tylko Ją jedną jej łagodne, drobne rysy, bladą cerę, jakby trochę ozłoconą
promieniami słońca, duże, czarne oczy, brwi jakby napisane, mały, cienki nos
i różane usta.
Nie bez znaczenia pozostawała też sylwetka samego artysty w epoce średniowiecza.
Traktowany był on jak rzemieślnik, ściśle podlegał dyrektywom zleceniodawcy
(najczęściej osoby duchownej), który w każdej chwili mógł wprowadzać zmiany
do projektu.
Przechodząc przez kolejne sale, poddawaliśmy analizie różne dzieła.
Zapoznaliśmy się choćby ze zjawiskiem aktualizacji, czyli uwspółcześnienia sztuki.
Tak więc dobrze nam znane wizerunki Marii i Jezusa okazały się w rzeczywistości
wizją autorów średniowiecznych, którzy dostosowali ubiór tych postaci do swoich
czasów. Wielu z nas odkrycie to zaskoczyło.
Mieliśmy także okazję przyjrzeć się malarstwu bardziej symbolicznemu, pochodzącemu
z wieku XVI. Burzliwe okoliczności historyczne, reformacja i kontrreformacja
doprowadziły do rozłamu i powstania wyznań protestanckich. A te rządziły się
swoimi prawami. Jak głosił Kalwin: "Ponieważ Bóg nie ma żadnego podobieństwa
z tymi kształtami, za pomocą których ludzie starają się go przedstawić, więc
wszelka próba obrazowania Go jest zuchwałą zniewagą jego majestatu i chwały".
W świetle tych słów, malarstwo stanęło pod znakiem zapytania, jak bowiem
namalować coś, czego malować nie wolno? Okazało się, że i z tym sobie poradzono.
Pani przewodnik pokazała nam bowiem serię martwych natur, w których za pomocą
ukrytych znaczeń próbowano przedstawić motywy biblijne. Kto by pomyślał, jak
łatwo kwitnące oraz zwiędłe kwiaty mogą przeistoczyć się w alegoryczne
przedstawienie przemijania życia i śmierci? Kto z nasz, patrząc na wizerunek
motyla, skojarzyłby go z duszą ludzką? Jednak, prowadzeni wytrenowanym okiem
naszej przewodniczki, powoli odkrywaliśmy te znaczenia.
Na koniec pokrótce omówiliśmy twórczość artystyczną XIX wieku, w której
zdecydowanie dominował historyzm. Artyści, wyzwoleni spod zwierzchnictwa
Kościoła, dbali o jak najwierniejsze przedstawienie krajobrazu, architektury
czy detali historycznych. Wielu z nich udawało się nawet do Ziemi Świętej,
by uczynić swe obrazy jeszcze bardziej realnymi.
Gdy rozpoczynaliśmy lekcję, wielu osobom zapewne wydawało się, że nie wniesie
ona wiele nowego do naszego postrzeganie świata. Jednak kończąc ją, musieliśmy
zweryfikować ten pogląd. Johann Wolfgang Goethe powiedział: "jestem przekonany,
że Biblia staje się tym piękniejsza, im lepiej się ją rozumie."
O tym jesteśmy przekonani i my. A po lekcji w Muzeum Narodowym jesteśmy
też pewni, że Biblię najlepiej zrozumiemy poprzez sztukę.
przygot. Ola Najdecka i Mateusz Woźniak,
kl. Ic hum. w r. szk. 2008/2009
|