"Plac Zbawiciela" - film o niedojrzałości
By ocenić klasę dzieł Krauzego, spośród jego bogatego dorobku wystarczy obejrzeć dwa ostatnie, obsypane nagrodami filmy - wstrząsający "Dług" (laureat m.in. Złotych Lwów na FPFF w Gdyni, Nagrody Dziennikarzy, Polskich Orłów za najlepszy film, reżyserię i scenariusz, Warszawskiej Syreny, Złotej Taśmy, Machinerii 2000) i stworzony razem z żoną, wzruszający "Mój Nikifor" (otrzymał on m.in. trzy Kryształowe Globy w kategoriach: Najlepszy Film, Najlepsza Reżyseria, Najlepsza Aktorka na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Karlowych Warach w 2005r.).
Najnowszy film państwa Krauze - "Plac Zbawiciela" podobny trochę do "Długu", ma przede wszystkim zmuszać do refleksji i ostrzegać.
W filmie pokazane są zmiany w życiu członków pewnej warszawskiej rodziny.
Bohaterowie to zwyczajni mieszkańcy stolicy, pozornie niewyróżniający się ze społeczeństwa, ani pod względem pozytywnym, ani negatywnym. Dzięki przekonującej grze aktorów (doskonałej przede wszystkim Jowity Budnik jako Beaty) oraz świetnie napisanemu scenariuszowi (który współtworzony był przez reżyserów i odtwórców głównych ról), widz już po paru chwilach ma wrażenie, że doskonale zna bohaterów.
Naturalność ich zachowań, reakcji pozwala nam bardzo szybko "wejść" do świata, w którym żyją.
Ta bardzo mocno odczuwalna bliskość w kinie: człowieka na ekranie i na widowni sprawia, że historia zdaje się jeszcze bardziej przerażająca - tragedię przeżywają przecież ci, których tak doskonale rozumiemy, których tak dokładnie znamy, nasi "sąsiedzi", nasi "znajomi". Odruchowo zastanawiamy się, czy może i gdzieś bardzo blisko (w naszym bloku, "sąsiedztwie") nie rozgrywają się podobne koszmary.
Wybór Warszawy na miejsce akcji także pomaga "wczuć się" widzowi w klimat dzieła (szarzy bohaterowie przeżywają tragedię; widzimy ich samotność wewnątrz małej przestrzeni - rodziny oraz wewnątrz wielkiej przestrzeni - miasta).
Efekt ten udało się otrzymać dzięki pracy Wojciecha Staronia, który odpowiedzialny był za zdjęcia.
Znakomita muzyka Pawła Szymańskiego - spokojna, ale i trochę niepokojąca dodatkowo pokazuje widzowi zasugerowany przez reżyserów kierunek odbioru.
W kilku pierwszych scenach poznajemy małżeństwo - Beatę i Bartka oraz matkę mężczyzny - Teresę. Młodzi ludzie czasowo mieszkają z teściową, czekają na wykończenie mieszkania, do którego zamierzają się jak najszybciej wprowadzić. W życiu bohaterów panują: szczęście, radość, chęć działania, w ogóle - życia.
Obrazu sielanki, "czasu wiosny" dopełniają dzieci - Dawid i Adrian beztrosko bawiący się gdzieś w tle.
Punktem zwrotnym w życiu rodziny jest bankructwo dewelopera, u którego zainwestowali oni dużo pieniędzy. Oprócz tego, że rodzina popada w poważne problemy finansowe, jasne staje się, że termin przeprowadzki znacznie odsunie się w czasie, albo wydaje się już niemożliwy. Od tego momentu następuje prawdziwa lawina niepowodzeń, błędów, konfliktów. A spornych "punktów", dosłownie i w przenośni, w małym mieszkaniu nie brakuje.
Znakomicie nakreślone w filmie są charaktery bohaterów.
Zaborcza teściowa - Teresa (bardzo przekonująca w tej roli Ewa Wencel) nie toleruje synowej - z coraz większym natężeniem, coraz częściej krytykuje ją i poniża. Oprócz tego ciągle ingeruje w każdą, nawet najintymniejszą sferę życia małżeństwa; steruje zwłaszcza uległym wobec niej synem, stosuje szantaż finansowy.
Słaby, żałosny Bartek (postać grana przez Arkadiusza Janiczka) nie potrafi bez matki podejmować decyzji. Nie wytrzymuje nieznośnej sytuacji w domu - w końcu wyprowadza się do kochanki.
W najgorszym położeniu jest bez wątpienia Beata. Kiedyś, żeby móc wychowywać dzieci, przerwała studia, teraz nie potrafi znaleźć pracy - brak jej wykształcenia, przebojowości, "siły przebicia". Niepewna swojej roli w domu, nie chce stracić tego, co już ma; jest gotowa poświęcić wszystko, żeby ratować rodzinę. Dlatego, chyba jako jedyna, jest gotowa w każdej sytuacji i bezwarunkowo ignorować swoją krzywdę (co nie znaczy - wybaczać) dla głównego celu - zachowania porządku, do którego jest przyzwyczajona. Jej bardzo niska samoocena (która u widza budzi wręcz litość) sprawia, że traci szacunek w oczach męża. Doprowadzi to zupełnej utraty przez nią godności. W najmocniejszej scenie filmu Bartek zmusza płaczącą, leżącą na ziemi Beatę (która błaga go, żeby nie wyprowadzał się do innej kobiety) do spojrzenia w lustro. Wyzywając ją i kopiąc, krzyczy: "Popatrz na siebie! Miej trochę godności?!".
Autorzy filmu stawiają bardzo wiele trudnych pytań np.do czego prowadzi brak odpowiedzialności, dorosłości? Podczas jednej z kłótni Teresa woła: "Przestańcie wreszcie bawić się w życie!?"
Jak trwała i odporna musi być rodzina, by poradzić sobie w sytuacji kryzysu? Najbardziej nieodpowiedzialność i nieprzygotowanie do samodzielności razi w zachowaniu Bartka - mąż i ojciec powinien być przecież podporą, fundamentem rodziny. Swoją siłą (podświadomie wymagamy, żeby to on uchronił rodzinę od ostatecznego rozpadu) powinien wspierać żonę i matkę. Okazuje się jednak, że on pierwszy poddaje się, ucieka.
Jak wielką i destrukcyjną siłą jest egoizm? Żaden z bohaterów nie chce źle. Za to każdy pragnie najpierw swojego szczęścia, potem dopiero dobra innych członków rodziny. Teresa skupia się wyłącznie na rozwiązaniu problemu finansowego, który ją dotyczy. Beata chce przede wszystkim być kochana, spełnić wymagania teściowej i męża. Bartek pragnie tylko swojej wygody. Kiedy czuje, że nie znajdzie jej w domu, wyprowadza się do kochanki
Rozpatrywany jest tu także problem winy i kary; odpowiedzialności za zbrodnię; zwłaszcza wtedy, kiedy człowiek decyduje się na zabójstwo innego człowieka (matka - na zabójstwo dzieci). Ocena moralna czynu nie może ulec zmianie - zło pozostaje w każdym przypadku złem; jednak pytanie, czy istnieją tzw. "okoliczności łagodzące" zadaje sobie każdy, kto ten film ogląda (dzieło małżeństwa Krauze koresponduje z kontrowersyjnym filmem pt. "Nic", wyreżyserowanym przez Dorotę Kędzierzawską. Autorka również dokonuje próby ukazania złożoności mechanizmów, które popchnąć mogą do zbrodni. Czy osoba, która zabija jest tylko sama odpowiedzialna za zbrodnię?
I tu pojawia się kolejne pytanie - o sens i rolę przebaczenia. Każdy z bohaterów dusi w sobie jakieś żale, nosi zarzuty wobec innych. Członkowie rodziny nie potrafią jednak rozmawiać - nie mówią o swoich obawach, lękach, problemach. Żale wyrażają tylko podczas ostrych, gwałtownych kłótni. Napięcie, wyalienowanie, koszmarna samotność króluje - bohaterowie sami tworzą sobie piekło na ziemi.
W jednym z wywiadów Joanna Kos - Krauze mówi: "W dramacie Beaty, Bartka i Teresy łączy się wiele parametrów: złośliwość losu, przypadek, chybione intencje. Tak naprawdę niewiele trzeba, żeby wydarzyła się tragedia. Najpierw jest myśl, zła myśl, potem słowo, które myśl może zamienić w czyn, na koniec są już tylko konsekwencje.(
) Jest jakieś wyjście z matni? Przebaczenie." To przebaczenie widzimy w ostatnich scenach.
Jednak według wielu recenzentów zakończenie filmu jest nienaturalne. Czy dochodzi tu do głosu realizm krytyków? Czy może to wyraz niepokojącego sceptycyzmu, braku ufności w dobro istniejące wewnątrz każdego człowieka? Wiele osób, które film obejrzały, nie sądzi, by istniało coś, co potrafi poruszyć bohaterów (zwłaszcza Bartka). "Plac Zbawiciela" jest więc głosem reżyserów w dyskusji o człowieczeństwie i sumieniu człowieka
Myślę, że dzieło państwa Krauze, dotykając wielu problemów, mówi przede wszystkim o niebezpiecznej drodze człowieka - jego zagubieniu, upadku, wreszcie o wielkiej szansie na poprawę
przygot.Maciek Kidawa, kl. IIc w r. szk. 2006/2007
|