Gimnazjum męskie na Pradze od założenia do 1905 roku we wspomnieniach jego uczniów
Liceum im. Króla Władysława IV należy do najstarszych szkól średnich Warszawy.
Jego poprzednikiem było Gimnazjum Praskie założone w 1885 r. jako VII rządowe gimnazjum męskie na Pradze.
Ówczesnym dyrektorem Gimnazjum Praskiego był Rosjanin - Wodolagin. W pierwszym roku
swego istnienia, tzn. w roku szkolnym 1885/86, gimnazjum liczyło 340 uczniów i nie miało jeszcze klasy ósmej (maturalnej).
Opowiadając o gimnazjum męskim na Pradze z okresu pierwszych lat jego istnienia nie
sposób pominąć relacji dawnych absolwentów opublikowanych w Biuletynie Informacyjnym "Lawy Skrzypią"
z dn. 6 V 1962 r., wydawanym przez Stowarzyszenie Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. Króla Władysława IV;
Stanisław Uszyński (absolwent 1905 r.) oraz Józef Wroński (absolwent 1902 r.) wspominali:
Tak jak wszystkie ówczesne filologiczne gimnazja rządowe, było ono [gimnazjum męskie na
Pradze] 8-klasowe, z klasą, przygotowawczą (wstępną). Niektóre klasy były równoległe. Stan liczebny uczniów
gimnazjum wynosił około 400 chłopców. Olbrzymią, większość stanowili uczniowie - Polacy (katolicy i kilkudziesięciu
ewangelików). Poza nimi było kilkudziesięciu Żydów oraz garstka Rosjan. Młodzież pochodziła z różnych sfer; na ławach
szkolnych siedzieli zgodnie obok siebie synowie zamożnych ziemian, przemysłowców, finansistów, kupców, urzędników,
rzemieślników, robotników, kolejarzy i drobnych rolników. Panował duch demokratyczny i serdeczna atmosfera przyjacielska.
Nie było żadnych tarć na tle narodowościowym i wyznaniowym.
Uczniów obowiązywały jednolite stroje. Przynależność do Praskiego Gimnazjum uwidoczniona była literami "PG."
na czapkach uczniowskich:
Wszyscy uczniowie gimnazjum nosili jednakowego kroju kurtki z czarnego sukna i długie spodnie z tego samego
materiału Na kurtce bezwarunkowo nosiło się pas skórzany z metalową, klamrą, polerowaną na jasno. Obowiązywały czapki
sukienne, granatowe z białymi wypustkami. Nad daszkiem czapki były dwie metalowe srebrzyste palemki złożone ukośnie na
krzyż, a między palemkami widniały srebrzyste rosyjskie litery P.G. były to inicjały rosyjskich wyrazów "Pragskaja Gimnazja".
Były także mundury galowe z sukna granatowego, kroju krótkiego surduta, zapinane na jeden rząd metalowymi,
gładkimi guzikami koloru srebrnego. Na stojącym kołnierzu i na mankietach rękawów widniały srebrne,
wypukło haftowane galony. Nie było obowiązku noszenia mundurów. Uczniowie nosili również płaszcze sukienne
koloru stalowego, zapinane na metalowe, srebrzyste guziki w dwóch rzędach. Książki i przybory szkolne obowiązkowo
noszono w tornistrach.
Nauczyciele i pozostały personel gimnazjum nosili urzędowe fraki lub surduty - nieodłączny atrybut rosyjskiej
administracji:
Dyrektor gimnazjum, inspektor oraz wszyscy wykładowcy zawsze nosili urzędowe fraki Iub surduty z guzikami
metalowymi koloru złotego (z orłami carskimi) i z przysługującymi im dystynkcjami. Wyjątek stanowili wykładowcy religii
katolickiej i prawosławnej występowali oni w sutannach. Nauczyciela religii mojżeszowej widzieliśmy zawsze ubranego we
frak urzędowy. Trzej tzw. pomocnicy wychowawców klas chodzili w surdutach. Nawet woźni szatniarze, woźni sprzątacze i
korytarzowi również byli w surdutach, może tylko nieco odmiennego koloru i z innego materiału. Mundur w owych czasach
był symbolem władzy, naczelnictwa i całego ładu państwowego.
W gimnazjum filologicznym kładziono duży akcent na naukę języków klasycznych:
Łacinę wykładano już w I klasie, grekę - od III, w IV klasie (tylko 1 rok) był obowiązkowy
język cerkiewno-słowiański.
Naukę języków nowożytnych francuskiego i niemieckiego zaczynano od II klasy, przy czym można było wybrać
jeden z nich, lub uczyć się obydwu. W tej sprawie musieli się wypowiedzieć rodzice na piśmie, składając
odpowiednią deklarację.
Nauka rozpoczynała się o godzinie 9. Dziennie było nie więcej niż 6 lekcji i to najwyżej 2-3 razy w tygodniu.
Na ostatnich lekcjach zwykle były rysunki, kaligrafia lub gimnastyka. W gimnazjum dbano też o umiejętności
artystyczne uczniów.
Dla chłopców starszych organizowano zbiorowe lekcje rytmiki i tańców. Istniała uczniowska orkiestra dęta i zespól
smyczkowy.
Zaraz po przyjęciu do niższych klas szkoły, uczniów kwalifikowano na lekcje muzyki i śpiewu; zajęcia te były obowiązkowe tylko
dla wytypowanych - inni mogli godzinę wcześniej iść do domu. Co sprytniejsi wymigiwali się okropnym "brakiem słuchu" i "wyjątkową
niemuzykalnością":
Zakwalifikowani uczniowie wpadli fatalnie, bo do końca pobytu w szkole musieli na każdej lekcji muzyki i śpiewu
grać bądź śpiewać hymn "Boźe Cara chrani" [Boże chroń Cara] oraz "piet"' [śpiewać] na cześć i chwałę osoby cesarskiej "Mnogi
leta, mnogi leta prawoslawnyj ruskij Car..." [Wiele lat, wiele lat prawosławny Car rosyjski ...].
Lekcje przedzielały krótkie pauzy i dopiero o godzinie 12 był dzwonek na dużą 25-minutową przerwę:
Początek i koniec lekcji obwieszczał duży dzwonek ręczny, którym zamaszyście potrząsał wąsaty woźny, mający swoje
stanowisko przy wielkim zegarze obok sali nauczycielskiej.
W czasie dużej pauzy woźni przewietrzali pokoje klasowe, wszyscy uczniowie musieli bezwarunkowo opuszczać klasy i udać
się bądź na dziedziniec szkolny, gdzie czasami przygrywała uczniowska orkiestra dęta, bądź do sali rekreacyjnej, gdzie przy jednej
ze ścian ustawione były stoliki z przygotowanymi szklankami gorącej herbaty i zimnymi przekąskami śniadaniowymi.
Sala rekreacyjna była bardzo obszerna z wysokim sufitem, podłoga wykładana posadzką. Na ścianie środkowej na wprost drzwi
wejściowych wisiał w szerokich, złoconych ramach, olbrzymich rozmiarów portret cesarza Mikołaja II (fot. 24).
Miejsce przed portretem było ogrodzone drewnianą,, rzeźbioną, balustradą.
Rok szkolny rozpoczynał się 2 września. Świadectwa promocji do następnej klasy wydawano już 15 maja.
Dwie oceny niedostateczne uprawniały jeszcze do egzaminów poprawkowych po wakacjach. W drugiej połowie
czerwca zdawało się maturę prawie ze wszystkich przedmiotów. W czasie roku szkolnego były dni wolne od zajęć lekcyjnych.
Oprócz ferii świątecznych w okresie Bożego Narodzenia i Wielkanocy było w ciągu roku kilkanaście dni wolnych
od zajęć tzw. "dni galowych". Były to uroczystości związane z życiem dworu panującego - imieniny, rocznice itp.
Wtedy uczniowie gromadzili się z rana w gmachu szkolnym (sprawdzano obecność), po czym grupami według wyznań, ustawieni
parami, maszerowali do właściwych świątyń i domów modlitwy.
Stanisław Uszyński i Józef Wroński tak wspominali po latach swoje obowiązki i dyscyplinę, której byli poddani jako uczniowie:
Oplata za naukę wynosiła 50 rubli za cały rok, płatne w dwóch ratach. Żadnych dodatkowych opłat pieniężnych i
innych świadczeń na rzecz szkoły nie było.
Takich organizacji, jak istniejące dzisiaj koła rodzicielskie, wówczas nie znano. Wywiadówek również nie było/ O
postępach w nauce, o sprawowaniu się swoich synów rodzice, czy też oficjalni opiekunowie uczniów, dowiadywali się co tydzień
z dziennika uczniowskiego, w którym jego posiadacz uczeń był obowiązany wpisywać codziennie we właściwej rubryce, pod aktualną,
datą, kolejność lekcji, zgodnie z planem, co było zadane na lekcję itp. W każdą sobotę, po lekcjach uczeń odnosił do domu wypisane
w dzienniku przez klasowego wychowawcę stopnie oraz spostrzeżenia i uwagi, które musiały być potwierdzone podpisem ojca lub matki
bądź opiekuna, a następnie przedstawiane wychowawcy do sprawdzenia. Dziennik ten zawierał też rubryki do wpisywania
ocen kwartalnych i rocznych oraz kilka druczków pozwoleń na pójście do teatru bezwarunkowo z rodzicami lub opiekunami.
Przebywanie na ulicach dozwolone było tylko do godziny 21. Zezwolenie na pójście do teatru podpisywała dyrekcja gimnazjum.
Dyrekcja wydawała także bilety urlopowe na wyjazdy wakacyjne w czasie ferii świątecznych. Zezwolenia wyjazdowe podpisane przez
rodziców, potwierdzone przez urząd gminny lub miejski, musiały być zwrócone po powrocie do kancelarii szkoły.
Zarówno w szkole jak i poza nią obowiązywała dyscyplina porządku i godnego zachowania się; przeważną rolę w tym względzie spełniał
dom rodzinny. Ponieważ dostać się do gimnazjum było trudno, takich przepisów dotyczących dyscypliny zbytnio nie lekceważono.
Nie do pomyślenia było, by uczeń gimnazjalny, który skompromitowałby się w jakiejś, np. awanturze ulicznej, mógł Iiczyć na to,
że coś go uratuje od wydalenia ze szkoły.
Za drobne przewinienia i figle sztubackie na terenie szkoły stosowano karę "karceru", tj. zamknięcie w klasie po lekcjach na
godzinę lub maksimum dwie. Większe "przestępstwa", jak np. rozmowy po polsku, albo przyłapanie polskiej książki, wreszcie niewłaściwe zachowanie się w stosunku do nauczyciela, karane było bardzo surowo, o ile w ogóle sprawa mogła być załatwiona karą karceru. Wówczas osądzony przybywał do szkoły "na odsiadkę" w niedzielę, częstokroć na raty, jeżeli wymiar kary był wielogodzinny - od 4 nawet do 8 godzin.
Zdarzało się niekiedy, że któryś z rodziców lub opiekunów otrzymywał pisemne "zaproszenie" do przybycia do szkoły. Wówczas
sprawa przybierała zgoła inny obrót. W najlepszym razie kończyła się na zabraniu ucznia ze szkoły, dobrze jeszcze, jeżeli
z prawem umieszczenia go w innej szkole państwowej, najczęściej nie na terenie "Priwislenskiego Kraju", jak nazywano wówczas
b. Królestwo Polskie.
Kuratoria szkolne wydawały zarządzenia i instrukcje rusyfikacyjne. Językiem wykładowym we wszystkich szkołach był urzędowy
język rosyjski. Nauka języka polskiego polegała oficjalnie tylko na tłumaczeniu go na język rosyjski. Podręczniki do języka
polskiego, tj. gramatyka i wypisy, były zredagowane i ułożone po rosyjsku. Piotr Lucjan Słucki, który rozpoczął naukę
w Gimnazjum Praskim w 1904 r., wspominał, że zeszyt prowadziło się według obowiązujących ówcześnie przepisów, dwujęzycznie,
w mowie ojczystej i "kazionnej". Inaczej mówiąc na lekcjach języka polskiego uczono języka rosyjskiego.
Adam Frydrychiewicz
(absolwent z 1894 r.) opowiadał jaki sposób, mimo oficjalnych zakazów, odbywała się w Gimnazjum Praskim nauka literatury
polskiej:
W roku szkolnym 1892/93 nasz polonista, prof. Henryk ZaIęski prowadził zajęcia w ten sposób, że każdy z nas miał przed
sobą, podręcznik języka polskiego i z góry umówiony uczeń miał polecenie, w razie gdyby na Iekcję wszedł dyrektor lub inspektor,
od razu tłumaczyć odpowiednie miejsce zdania, sam zaś prof. Załęski ustnie wykładał nam literaturę polską, poczynając od Mikołaja
Reja z Nagłowic.
Dalej wspominają na ten temat Stanisław Uszyński i Józef Wroński:
Dyrektor i inspektor gimnazjum przez "grzeczność" chyba tylko z rzadka wchodzili do klasy w czasie lekcji języka polskiego,
ograniczając się do zaglądania przez szybę w drzwiach wejściowych. Wówczas na dany przez nas dyskretny sygnał profesor "zmieniał
język" i mówił urzędowo... Trwało to zazwyczaj dość krótko.
Któregoś dnia w grudniu 1898 roku przed feriami świątecznymi (byliśmy wtedy w II klasie), dyrektor dość długo przyglądał się przez
szyby naszej klasy, wyczuwaliśmy, że coś się wkrótce stanie niezwykłego Prawdopodobnie układał sobie wówczas przemówienie, które
istotnie po wejściu do klasy wygłosił tej mniej więcej treści: "Pamiętajcie chłopcy, że za kilka dni odbędzie się na Krakowskim
Przedmieściu odsłonięcie pomnika pisarza, niejakiego Mickiewicza. Chodzi o to, byście w tym czasie nie pokazywali się na ulicy, bo
mogą, być z tej okazji jakieś nieprzyjemności i awantury uliczne, które wam mogą, później zaszkodzić." W ten sposób przemawiał do
nas, 11-letnich chłopców, w mniemaniu, że o pisarzu, "niejakim Mickiewiczu" skąpe posiadamy wiadomości. Nie przypuszczał dostojny
"wychowawca", że ci malcy ukochanie poezji wieszcza narodowego wynieśli już z domu rodzinnego, a na Iekcjach języka polskiego w
szkole nauczyli się jego pięknych bajek i ballad. Jak przemawiał do uczniów klas średnich i wyższych nie wiemy, ale sądzimy, że
nafrasował się niemało, bo musiał przecież przemawiać w kilku wariantach.
Mimo tych ostrzeżeń dyrektora szkoły, grupa uczniów naszego gimnazjum wzięła potajemnie udział w uroczystościach odsłonięcia
pomnika Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu w dniu 24 XII 1898 r.
Stanisław Uszyński i Józef Wroński wspominali, że od roku 1898 stosowanie zarządzeń rusyfikacyjnych w postępowaniu z młodzieżą
polską przez "profesorów-stupajków" było coraz brutalniejsze:
Młodzież burzyła się, dochodziło do wystąpień protestacyjnych na terenie gimnazjum. Zaczęto przeprowadzać rewizje
tornistrów uczniowskich w klasach podczas dużej pauzy. Za znalezione w czasie takiej akcji książki polskie i gazety
postępowe wydalono kilku kolegów z tzw. "wilczym biletem" [który oznaczał pozbawienie prawa wstępu do jakiejkolwiek
szkoły rządowej na terenie danej guberni lub całego imperium rosyjskiego].
Odwetem z naszej strony było obrzucenie portretu cesarskiego w sali rekreacyjnej tłustymi serdelkami i wyjętymi
z pieca żarzącymi się węgielkami. W dziejach caryzmu skandal niebywały - portret cara został sprofanowany.
Natychmiast zamknięto salę rekreacyjną, nikogo nie wpuszczano. Rozpoczęło się badanie - nikt oczywiście do
niczego się nie przyznał. Po kilku godzinach wszystkich wypuszczono. Nazajutrz portret był szczelnie zasłonięty wielkim
płótnem. DIa ochrony portretu przed tego rodzaju ekscesami ogrodzono go balustradą, odległą o dwa metry od ściany, lecz i to
nie zabezpieczyło go od zniszczenia. Portret cara, po odrestaurowaniu, zasłaniany był tylko w okresie tłustego czwartku i
ostatków.
Kazimierz Groniowski (uczeń Gimnazjum Praskiego do 1905 r.) wspominał:
W roku szkolnym 1903/04 uczęszczałem do klasy IV B (odpowiednik obecnej klasy VIII). Wychowawcą
(wg ówczesnej nomenklatury "klassnyj nastawnik") był niejaki Dobrowolskij, który łączył zacięcie pedagogiczne ze
skłonnościami do rusyfikacji i prowokacji. W czasie jednej z godzin wychowawczych oświadczył on, że nie ma zastrzeżeń
przeciw przynoszeniu do szkoły książek nawet polskich, które uczniowie będą mogli sobie wzajemnie pożyczać.
Wziąłem te słowa za dobrą monetę. Pewnego razu przyniosłem do szkoły w zamiarze pożyczenia koledze Piaseckiemu
"Pamiętnik historyczny i wojskowy" Prądzyńskiego, zawierający opis kampanii 1830-1831 r. wojny polsko - rosyjskiej.
Akurat tego dnia w czasie przerwy międzylekcyjnej Dobrowolskij zaczął rewizję tornistrów uczniowskich. ...Przy drugiej
rewizji w klasie znów znalazł u różnych kolegów kilkanaście polskich książek. Dopytując się o ich pochodzenie, stwierdził,
że przeważnie krążyły one od jednego czytelnika do drugiego, a gdy pytał czyją, są własnością, prawie zawsze się okazywało,
że moją ... Zakazał przynoszenia do szkoły książek nie związanych z lekcją, a mój ojciec został wezwany do szkoły na rozmowę ...
Oświadczył ojcu, że opuściłem się w nauce, bo czytam nieodpowiednie książki. Zmniejszył mi stopień z "pilności" na cenzurę
kwartalną.
Zygmunt Robakiewicz (absolwent 1904 r.) opowiadał, jak w czasie wizyty w Gimnazjum Praskim (w 189'7 r.) kuratora warszawskiego
okręgu szkolnego A. Apuchtina, powszechnie znienawidzonego rusyfikatora szkolnictwa w Królestwie Polskim, zakpiono z niego:
"Jednemu z uczniów carski urzędnik zadał pytanie: - No, powiedz mi, kto mieszka w Petersburgu? Chłopak natychmiast
odpowiedział: - Mój wujek - (ogólny śmiech na sali)". Robakiewicz pokazywał też "medal" wyrysowany przez uczniów
Gimnazjum Praskiego z napisem: "na pamiątkę haniebnej działalności Apuchtina".
Jak opowiadali Stanisław Uszyński i Józef Wroński, młodzież Gimnazjum Praskiego protestowała przeciw zarządzeniom rusyfikacyjnym
także na sposób "sztubacki":
Do ulubionych środków protestacyjnych należały wybuchy prochu strzelniczego. Rzecz nieszkodliwa i stosunkowo tania. Za kilka
groszy (koszt 2-3 bulek) - cały arsenał takich środków wybuchowych znajdował się w kieszeni sztubackiej. Te petardy - to były
kapiszony do zabawkowych blaszanych pistolecików. Na wyznaczony dzień kilkuset uczniów przynosiło do szkoły kilkanaście tysięcy
maleńkich krążków kapiszonowych z cieniutkiego różowego papieru i czekało z niecierpliwością, kiedy dzwonek obwieści dużą pauzę.
Organizacja tego artyleryjskiego poligonu była znakomita. Przynajmniej 10-15 malców z pierwszych dwóch klas musiało zanudzać
różnymi pytaniami stojącego w środku sali rekreacyjnej pomocnika wychowawców klas, otaczając go zwartym kołem, by nie mógł się
swobodnie poruszać i uważać na salę.
Mikrusy z niezwykłą, gorliwością wykonywali swoje zadanie. Pomocnikiem wychowawców był wysoki, chuderlawy i spokojny nie wadzący
nikomu człowiek. Może nawet był rad z tego, że otoczony przez małych uczniów, nie musiał widzieć, co się dzieje na sali. Zwano go
"Minoga". Kiedy już zastępy bojowe znalazły się w sali, natychmiast się zaczynało. Ponieważ uczniowie maszerowali wolnym krokiem
wokół sali, każdy wypuszczał z garści przygotowane już kapiszony, kroczący z tyłu gnietli je na gładkiej posadzce. Po dwóch
minutach piekielnego trzasku powietrze w olbrzymiej sali było szaro- niebieskie. Duszący się od kaszlu "Minoga" wybiegał z sali,
a tymczasem wpadali woźni i otwierali gwałtownie okna dolne i górne, by oczyścić powietrze. Kontyngent bojowców w dalszym ciągu
spacerował po sali, udając, że nie wie, co się stało. Zdarzało się, że po takim występie pirotechnicznym wszystkich nas wyrzucano
z sali. Nigdy nikogo na wysypywaniu kapiszonów na podłogę nie przyłapano
Jak opowiadali Stanisław Uszyński i Józef Wroński, młodzież gimnazjalna skupiała się w zakonspirowanych "ogniskach"
w prywatnych mieszkaniach dla "rozwijania myśli, ducha polskości i buntu". W końcowych latach XIX wieku nie były one
jeszcze powszechne, natomiast:
W pierwszych latach XX wieku zawiązały się wśród uczniów naszego gimnazjum liczne tajne konspiracyjne komplety (5-6 uczniów)
nauki historii i literatury ojczystej. Należeli do tych kompletów uczniowie od klasy V wzwyż. Wprowadzano do kompletów także
inteligentniejszych i bardziej uświadomionych kolegów z klasy IV, a nawet III. Zbierano się na lekcje w niedziele i niektóre
święta lub galówki, wyłącznie w prywatnych mieszkaniach uczniów należących do danego kompletu. Ponieważ w gimnazjum praskim
sporo było kolegów pochodzących z dalszej i bliższej prowincji, którzy mieszkali na stancjach u niektórych profesorów i u osób
prywatnych, nie mogli oni tworzyć u siebie kompletów, gdyż lokale ich dość często były wizytowane przez delegowanych z gimnazjum "pedagogów" pod pozorem troski o ich warunki bytowania, nauki itp. Tych kolegów przydzielano do grup działających w mieszkaniach uczniów miejscowych. Zabronione było, ze zrozumiałych względów, schodzenie się po dwóch Iub całą paczką by nie zwracać uwagi czujnych policjantów i tajnych agentów. Schodzili się chłopcy w odstępach co 10-15 minut. Zbiórka taka trwała co najmniej godzinę.
O jednym takim ognisku-komplecie, powstałym w początkowym okresie istnienia gimnazjum praskiego, chcemy tu wspomnieć. Ojciec
naszego kolegi gimnazjalnego, Romana Jagielskiego, był buchalterem w kancelarii general-gubernatora warszawskiego J. Hurki.
Mieszkanie służbowe p. Jagielski miał w Zamku Królewskim, obok swojej kancelarii. Straż zamkowa doskonale znała chłopców
w czarnych kurtkach i granatowych czapeczkach, przychodzących dość często do syna poważnego urzędnika kancelarii gubernatorskiej
w odwiedziny i do wspólnej nauki. Nikt nie wiedział i nawet nie przypuszczał, że pod dachem mieszkalnym pana generała, największego polakożercy, rusyfikatora, a zarazem ordynarnego złodzieja naszych narodowych pamiątek i zabytków historycznych, odbywają, się regularnie lekcje historii ojczystej i zbiorowe czytanie niedozwolonych dziel naszych wieszczów i wielkich pisarzy narodowych.
O istnieniu w Gimnazjum Praskim tajnej organizacji młodzieżowej, która inicjowała i kierowała protestami uczniów, pisze Zdzisław
Doberski (uczeń Szkoły do 1905 r.) w książce "Nasza walka o szkolę polską 1901-1917", t. I, wyd. 1932, w rozdziale Gimnazjum męskie
na Pradze":
Około roku 1901 zakrzątnęliśmy się w sprawie ułożenia statutu naszej organizacji, co zajęło nam szereg posiedzeń, w których
brali udział: Ludwik Motyka, Stanisław Jurkowski, Wiktor i Zygmunt Psarscy, Konrad Kulakowski, Roman Pawłowski, Zdzisław Doberski
i inni. Owocem był obszerny statut nader drobiazgowo (często naiwnie) omawiający cele, zadania i formalną stronę organizacji.
Nazwy specjalnej organizacja nie miała, nazywała się po prostu "organizacją". Jej cele i zadania to: kształcenie się
w polszczyźnie (język, literatura, historia, geografia) i wychowanie etyczne. Organizacja składała się z kółek, liczących
po 5-10 członków. Prezesi tych kółek tworzyli zarząd, którego prezes był prezesem Organizacji. Istniał też, oczywiście,
urząd skarbnika, zawiadującego funduszem, powstałym z miesięcznych składek.
Wprowadzenie w czyn tych zamierzeń było dalekie od systematyczności i dokładności Całe życie organizacji wcielało się w szereg
zebrań kółkowych w mieszkaniach prywatnych, na Wilczej Wyspie", a nawet w ogródku wód mineralnych w Ogrodzie Saskim, gdzie często
zabawa i figle przeważały. Organizacja jednak istniała, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że praktyka nie odpowiada teorii.
Wypracowaliśmy wtedy nowy statut, krótszy, stanowiący w 12 (czy 10) punktach ogólne ramy organizacyjne.
Być może nowy statut też nie zapewniałby lepszych rezultatów, gdyby nie wdanie się czynnika zewnętrznego. Tym czynnikiem
byli studenci-narodowcy. Już i wcześniej spotykaliśmy się z nimi sporadycznie, a1e decydujące znaczenie miało dopiero powstanie
ściśle zakonspirowanej organizacji, zwanej "X". Było to nieliczne kółko: Ludwik Motyka, Konrad Kulakowski, Wiktor Psarski,
Roman Pawiowski, Marian Horoszewicz, Zdzisław Doberski i może jeszcze ktoś.
"Iksowe" zebrania bywały: (1) kołka gimnazjalnego, (2) międzyszkolne warszawskie, (3) zjazdowe z Kongresówki, a nawet (4)
trójzaborowe. Na zebrania przychodzili zawsze studenci-delegaci tzw. "Dyrekcji", zakonspirowanej wobec członków organizacji "X".
Owa "dyrekcja", jak się później dowiedziałem, była sekcją, studenckiego "Zetu". Najbardziej czynnym delegatem był
Stanisław Dobrowolski. Ten niewiele od nas starszy student, prawdziwie człowiek idei, obdarzony przedziwnym talentem
organizacyjnym i pedagogicznym, pouczył nas, członków "X", słowem i przykładem, że stworzenie organizacji nie jest jeszcze
spełnieniem zadania. Należy ją ciągle poruszać, dźwigać, ożywiać, stawiając przed nią, coraz nowe a różnorodne zadania,
słowem, nauczył nas pracować organizacyjnie.
Organizacja zaczęła naprawdę żyć. Urządziliśmy zbiórkę funduszów, która dała poważną kwotę przeszło 100 rubli. Pozwoliło to:
stworzyć własną bibliotekę, znajdującą się w mieszkaniu Stefana Krasnodębskiego, zakupić znaczną ilość tanich wydawnictw celem
rozrzucenia ich wśród ludu; kupiliśmy także hektograf, na którym odbijaliśmy własną gazetkę.
Reakcję uczniów na prześladowania polskości w szkołach w latach 1903-1904 tak wspominali Stanisław Uszyński i Józef Wroński:
Ze strony młodzieży polskiej protesty były coraz ostrzejsze. Już nie zważaliśmy na żadne zakazy,
że nie wolno rozmawiać po polsku w gmachu szkolnym, wysuwano różne żądania, wypisując je na tablicach
w klasach oraz na drzwiach gabinetów dyrektora i inspektora. Młodzież była gotowa na wszystko, choć sypały się
kary karceru, a co gorsza - zmniejszano stopnie ze sprawowania. Trójka a nawet czwórka z "powiedienja" (sprawowania) to był
znak, że najmniejsze następne przewinienie spowoduje wydanie "wilczego biletu" i pospieszny odjazd z gimnazjum.
Toteż uczniowie znajdujący się na liście proskrypcyjnej, zawczasu zwijali swoje
"manatki" i wyjeżdżali w głąb Rosji oraz z powodzeniem instalowali się w prowincjonalnych dziurach powiatowych,
gdzie były gimnazja filologiczne. Tam przyjmowani byli bardzo serdecznie i traktowani przyjaźnie, gdyż dyrekcja tych szkól
i personel nauczycielski z oburzeniem odnosili się do systemu rusyfikacji stosowanej przez rząd carski. Na przykład dyrektor
w guberni tambowskiej, przyjmując nowych kandydatów z Warszawy do swojej szkoły, wyraził się, iż jest bardzo rad, że może mieć
w gimnazjum "pariadocznych ludiej iz Polszy", co znaczy "porządnych, uczciwych ludzi z Polski". Mamy wiadomości zupełnie pewne,
że tenże dyrektor zapewnił jednemu z naszych kolegów gimnazjalnych, istotnie bardzo niezamożnemu, całkowite utrzymanie, zwolnił
go z opłat za naukę w szkole i wystarał mu się o korepetycje, za które wpływało emigrantowi do kieszeni kilkanaście rubli
miesięcznie, co na owe czasy, przy bardzo niskich kosztach utrzymania w głębi Rosji stanowiło wcale pokaźną sumę.
|